Piłka życia

Ostatni wpis jak widzę był w Wigilię 24 grudnia. Czuję jakby ten czas był wycięty, jakbym była poza sobą a na pewno nie blisko siebie albo w sobie. Choć zdarzały się takie momenty, chwile, że poszłam sama na spacer i wtedy mogłam wrócić do siebie, ale to zdarzyło się tylko raz aż do wczoraj. Wczoraj dopiero byłam sama, sama u siebie w domu. Pomógł mi w tym fakt, że źle się poczułam, złapała mnie infekcja, kaszel itp. Znów moje ciało musiało powiedzieć „dość!” Żebym wróciła do siebie, do swoich potrzeb…

Na cały ten czas wynajęłam domek w górach, ja to zorganizowałam i też z tego tytułu czułam się odpowiedzialna. No bo nie przewidziałam: -10 stopni na zewnątrz, kłopoty z wjechaniem samochodu pod dom, zbyt chłodne poranki w pierwszych dniach pobytu i w konsekwencji problemy zdrowotne mojego ojca…itd. Teraz widzę, że czułam się też winna wobec mojej rodziny, że musieli się mierzyć z tymi wszystkimi niedogodnościami, trudnościami i zagrożeniami wręcz. Choć reagowałam na bieżąco i działałam, żeby ograniczać ryzyko. Rodziców też zawiozłam wtedy do domu na trzy dni, żeby tata mógł wydobrzeć, załatwiłam lekarza itp.

Pocieszam się myślą, że ten czas, czyli świąteczny czas spędzony z rodziną był dla mnie odkrywczy a przez to ważny, mimo że trudny i wyczerpujący. Jak widać trwało to przeszło dwa tygodnie, za długo, zdecydowanie za długo byłam skupiona na potrzebach innych z wyłączeniem tych swoich. Siebie wycięłam, opuściłam. A tym bardziej było to obciążające, że cały czas kontynuowałam terapię. I to pomagało mi zdecydowanie z jednej strony, bo wtedy byłam ze sobą i z grupą, było bezpiecznie. Ale z drugiej strony też niosło swój bagaż emocjonalny. 

Uświadomiłam sobie dzięki temu jak silne są u mnie mechanizmy wywodzące się z dzieciństwa i dalej utwierdzane, czyli poniekąd trwające całe moje życie. Najbardziej to ten, który każe mi, tak nie pomyliłam się. Czułam się jakbym musiała, jakbym była skazana, jakbym do tego była właśnie przeznaczona wciąż i nadal obsługiwać moich bliskich. Kwestia posiłków, herbatek, kawek, coś na słodko… itp. Niekończąca się historia… I do końca nawet nie o to chodzi, bo ja już tak przywykłam do tego, że to sprawia mi radość, ale do pewnego momentu, do momentu, gdy sama tracę siły, gdy już jestem zmęczona fizycznie, tak po prostu jak każdy człowiek może mieć dosyć i już. Bardziej zmartwił mnie kolejny mechanizm, że oprócz tej obsługi na poziomie fizycznym niejako, można by rzec obsługi w kwestii zaspokojenia tych potrzeb fizycznych u wszystkich wokół. Ja jak sobie uświadomiłam też obsługiwałam ich niejako „emocjonalnie”. Kosmos. Ja cały czas była wyczulona i w pogotowiu obserwując każdego z osobna i ich wzajemne interakcje, czy przypadkiem ktoś coś nie powiedział, czy ktoś nie został urażony, czy ktoś źle się nie poczuł przypadkiem… Ja po prostu regulowałam ich emocje, w każdym razie próbowałam to robić! No bo jak można brać odpowiedzialność za czyjeś emocje, odczucia, myśli… No nie można, wiadomo. I ja psycholog to wiem a robię inaczej, zachowuję się przy mojej rodzinie zupełnie inaczej. 

Więc jak ja mogłam wypocząć, odprężyć się, wyluzować… No jak? No nie mogłam. I przez to właśnie cały czas byłam przy nich a nie przy sobie. Ja siebie opuściłam, zostawiłam, zdradziłam. I mimo, że w pierwszych dniach weszłam w to jak w masło nie zauważając nawet tego. To w kolejnych dniach już to widziałam, już byłam tego świadoma. Nawet próbowałam zostawić coś innym do zrobienia albo delegować przynajmniej jakieś czynności, ale i tak nie do końca to wyszło. Trudno wyjść z utartych kolein i mnie samej i moim bliskim też. 

Po takich wspólnych świętach w minionych latach zawsze czułam się podobnie zresztą, chora, nadwyrężona psychicznie, emocjonalnie i fizycznie. I zazwyczaj wtedy myślałam, że to oni winni, że to oni mi zrobili, że to oni są ci źli, niedobrzy… Teraz było o tyle inaczej, że już wiedziałam, że piłka leży też po mojej stronie, że ja też mam w tym swój udział. I pomogła mi na gorąco niemalże rozbroić ten schemat terapia. Na poniedziałkowej sesji uzmysłowiłam sobie, że przez te wszystkie lata odgrywała się taka oto historia: w czasie wspólnego świętowania z moją rodziną nie wyrażałam własnych potrzeb, bo cały czas będąc skupiona na nich obsługiwałam fizycznie i emocjonalnie ich właśnie zapominając o sobie. I to może by się dało w jeden dzień no może dwa, ale nie przez kilka dni z rzędu albo i kilkanaście. A nie da się na dłuższą metę nie zaspokajać swoich potrzeb bez konsekwencji. Ponieważ nie zaspokajając swoich potrzeb kumulujemy w sobie złość nie wyrażając jej na bieżąco i wtedy z siebie robimy ofiarę a z innych agresorów. Proste, niby takie proste a mnie zajęło to tyle lat. 

Myślę, że rozwiązanie jakiegokolwiek problemu zazwyczaj leży po naszej stronie. Ważne jest co ja z tym zrobię, jak ja się zachowam i tym samym czy ja wezmę za siebie i swoje życie tym samym odpowiedzialność. To tak jak z tą piłką w grze – ona zawsze leży w połowie po mojej stronie. A to jest dużo, wystarczająco dużo. Tak samo jak kiedyś jeden z psychologów użył sformułowania „wystarczająco dobra matka”. Myślę, że podobnie rodzina nie musi być doskonała i to byłoby nierealne tak samo jak ja sama nie jestem doskonała. Ale jednak jestem częścią mojej rodziny, ja jestem w jakiejś części siebie nimi a dalej jednak sobą. I to ich historia, historia moich rodziców a dalej przodków jest moją historią, ale to ja jednak mogę ją przetransformować i nadać jej inny bieg w moim życiu i tym samym życiu mojego syna i kolejnych potomków. 

Ciągle ta piłka biegu życia leży w moim zasięgu.

Poczucie bezpieczeństwa

Poczucie bezpieczeństwa

Nie wiem co się dzieje, ale nie jest dobrze, nie mogłam zasnąć, po raz pierwszy od dłuższego czasu miałam problemy z zaśnięciem i te galopujące myśli zabarwione lękiem a dalej już tuż, tuż panika. To już miało miejsce, z tym się zmagałam tej nocy. Jakoś zasnęłam, ale tylko na 2 godziny a potem znów straszne kolejne godziny i trochę nad ranem około piątej znów zasnęłam. Obiecałam sobie, że nie wezmę już Hydroxizinum, choćbym wcale miała nie spać. I to się udało, nie wzięłam. W efekcie spałam około 6 godzin, więc i tak lepiej się czuję niż gdybym jednak wzięła to Hydroxizinum. Mimo wszystko nie jest źle, przetrwałam trudną noc i to bez wspomagaczy. Jednak do przodu.

Ale dlaczego to miało miejsce, dlaczego ta noc była właśnie trudna? Przecież dzień był całkiem przyjemny. Trochę rzeczywiście rano byłam niedospana, już poprzednia noc nie była taka idealna, dużo snów miało miejsce takich dziwnych, poszarpanych. Czułam jakbym miała bigos w głowie. Pamiętam, że wstałam rozbita, zmęczona i rano bardzo źle się czułam fizycznie. Wypiłam kawę jak zwykle, taką samą a jednak dziwnie waliło mi serce i to utrzymywało się dłuższy czas może nawet kilka godzin. Miałam jeszcze dylematy za co się zabrać, czego to ja nie chciałam ogarnąć, ale całe szczęście odpuściłam. I jednak wybrałam spacer po lesie, długi i bardzo relaksujący. Było bardzo przyjemnie, potem pyszny obiad i pojechałam na warsztaty teatralne. 

W sumie całkiem przyjemny dzień, można powiedzieć. Gdy wróciłam byłam bardzo zmęczona, nawet oczy mnie piekły. I mimo wcześniejszego zamiaru, żeby poćwiczyć skalpel to jednak wycięłam się i oglądałam serial blisko 2 godziny. Za długo, bez sensu. I poszłam spać, no ale z przygodami…

Jakie mogę wyciągnąć wnioski? Patrząc na to co powyżej to myślę, że przyczyna może tkwić w tym, że jednak nadal nie jestem przy sobie. Nadal chcę zrobić za dużo, żyję pod presją czasu, bo to już grudzień a ja nadal nie znalazłam mieszkania. Takie są fakty. I to rzeczywiście budzi we mnie lęk, mimo, że racjonalnie próbuję sobie to wytłumaczyć i na poziomie głowy niby mi się to udaje. Ale jednak w emocjach jak widać dzieje się inaczej. Tak zdecydowanie to jest przyczyną, tak to widzę. 

Wczoraj mogłam po powrocie bardziej się sobą zaopiekować, wziąć miłą kąpiel, zapalić świece, puścić muzykę. Po prostu pobyć ze sobą, może pogadać zamiast się od siebie odcinać oglądając serial. Bo to nic nie załatwia, nic. Po tym jak się położyłam do łóżka te wszystkie najczarniejsze strachy wypełzły jak wściekłe psy otaczając mnie coraz mocniej i ciaśniej. I stało się co się stało, nie umiałam temu stawić czoła, bo byłam pusta, byłam głodna emocjonalnie, byłam już nadwyrężona. 

Widzę, że potrzebuję stanu poczucia bezpieczeństwa, utulenia się w nim wręcz, potrzebuję tego jak powietrza. Potrzebuję mieć przekonanie, że wszystko będzie dobrze i to pozwala mi wtedy spokojnie zasnąć. A dalej lepiej funkcjonować w ciągu kolejnego dnia. 

Poczucie bezpieczeństwa można odnaleźć, ale trzeba zacząć szukać go w sobie najlepiej a nie na zewnątrz. Tylko we mnie samej ono czeka schowane głęboko do czasu aż go wyciągnę i zacznę nim oddychać. To do mnie należy czy za tym pójdę i z tego skorzystam.